Znaleziony i odkryty - ląd muzycznej różnorodności. MENT Ljubljana 2017.

Duch wolności, luz. Odejście od powierzchowności macho i damy. Powiew europejskości. Po dłuższym pobycie w kraju wciąż żyjącym tradycyjnymi wartościami i podejściem do ról kobiety i mężczyzny, niezbędna była mi odskocznia, złapanie oddechu, spotkania z otwartymi umysłami.




Wyrwałam się z Sarajewa. Aby udać się do maleńkiego kraju, na granicy dwóch światów. Swoją drogą - gdzie na Bałkanach człowiek nie czuje się “pomiędzy”, rozrywany przez sprzeczności?
Słowenia to kraj, w którym łączy się austriacki porządek i bałkańskie szaleństwo. To stanowi o jego wyjątkowości. Czułam się tam zdecydowanie bardziej “europejsko”. Szczególnie na ulicy Metelkovej, alternatywnej przestrzeni wyciętej w mapie miasta, gdzie znajdują się undergroundowe kluby. Jest to obszar starego więzienia obecnie będący centrum kultury alternatywnej i imprez.


Festiwal MENT Ljubljana na który się tam wybrałam to festiwal showcasowy, na którym prezentują się młode, wybitne zespoły, aby wybrać się może potem w trasę na duże europejskie festiwale. Dlatego był tak zróżnicowany, pełen zaskoczeń i odkryć.
Festiwal zaczął dla mnie koncert tria Širom. Trzy różne osobowości, wyrastanie w trzech innych częściach Słowenii, odmienne backgroundy i życiorysy muzyczne. Dużo kłótni i starć w procesie tworzenia. Wielość instrumentów i dźwięków - jak podczas deszczowego dnia. Taki zresztą był wtedy w Lublanie.
Muzyka zespołu Širom to z jednej strony mnogość instrumentów - zachodnio-afrykańskich i tych własnoręcznie wykonanych przez Samo - a zatem i automatyczne skojarzenie z inspiracjami rytmami z tego kontynentu, z drugiej - pozostawanie pod wpływami regionów, o zupełnie odmiennym klimacie, w których wyrastali trzej członkowie bandu. Słowenia jest krajem maleńkim, który można przejechać z najbardziej oddalonych od siebie punktów w cztery godziny, ale niezwykle zróżnicowanym. Jak mówili Ana, Iztok i Samo:
ich muzyka to mieszanka melancholii z nizin, zabawy z terenów górskich i mistyki z wybrzeża…


Širom nagrywa teraz drugi album który wyjdzie nakładem wytwórni Glitterbeat - znanej słuchaczom Dźwięków Świata wytwórni skupiającej muzyków grających muzykę korzeni. Spotkam się z nimi po raz kolejny, podczas następnego festiwalu w Lublanie - Druga Godba.

STRAIGHT MICKEY AND THE BOYZ (Serbia)
Bomba energetyczna. Rock'n'rollowe trio kipiące młodzieńczą energią. Wyczekiwałam ich koncertu, ale porywają zdecydowanie bardziej, gdy słucha się ich w domu, zwracając uwagę na słowa i oglądając towarzyszące utworom klipy.



NILS GRÖNDAHL (Belgia)
Jednoosobowa orkiestra. Absolutne zaskoczenie. Jego jedynymi instrumentami są skrzypce i głos. Oraz looper, za pomocą którego tworzy nowe, wielowarstowe, przestrzenie muzyczne. Nils architektem i budowniczym, którego tworzywem jest dźwięk, układany warstwami, piętrzący się wysoko ku sklepieniom i uciekający w zawiłe korytarze.



THE JACK WOOD (Rosja)
Zaraz po Nilsie, wciąż pod ogromnym wrażeniem i obezwładniona gęstością muzyki, którą grał, wpadłam do kolejnego klubu na Metelkovej, gdzie od razu porwał mnie tłum i kolejne szaleństwo The Jack Wood. Syberyjski garage rock i protopunk. Mieszanka Crystal Castles i White Stripes… Tak o nich pisali. Absolutnie szalona i porywająca liderka zespołu, która zahipnotyzowała nie tylko męską część publiczności.


Drugi dzień rozpoczął dla mnie belgradzki zespół CRVI. Nowa fala jugo-rocku, z młodzieńczą energią. Z drugiej strony bardziej garażowe i noisowe granie. Dużo hałasu i brudu



Matter! (Słowenia)
Trio hip-hopowe, które stało się jednym z najbardziej popularnych i jednocześnie kontrowersyjnych zespołów Słowenii. Z czego wynika kontrowersyjność? Z tego, że bawią się stereotypami, łączą ze sobą imidże, które powszechnie uważane są za sprzeczne… Popularność? Chyba z tego, że używają wewnętrznego języka, opowiadają historie, które zakorzenione są w ich widzeniu świata, a to, co niedostępne zawsze wydaje się bardziej pociągające. W ich tekstach motywem przewodnim jest natura ludzka… i nieustanne redefiniowanie swojej tożsamości. Tak typowe dla czasu młodej dorosłości …



To Dario z zespołu Matter! otworzył mi oczy i pozwolił zrozumieć, dlaczego bośniacka scena muzyczna jest zamknięta wokół redefiniowania tradycyjnej muzyki sevdah, która po wojnie wróciła do łask i zyskała nadzwyczajną popularność oraz wokół odtwarzania i powielania muzyki czasów świetności Jugosławii czyli jugo-rocku. Dlaczego nie ma nowej, odkrywczej muzyki. Dario, jak jeden z wielu, wraz z rodziną uciekł z Bośni w czasie wyniszczającej wojny w latach 1992-1995. Po wojnie wracał tu wielokrotnie, już jako muzyk. Jako DJ grał w popularnych klubach na niezależnych imprezach neurofunk i drum and bass. Ale od kilku lat scena undergroundowa zaczęła zanikać. Wyjaśnił mi, że ten fenomen, nostalgii za muzyką lat '90tych, wynika z tego, że Bośniakom lata te zostały zabrane przez wojnę.

Obsługiwane przez usługę Blogger.